Tomasz Żuradzki

Globalne ocieplenie i granice troski o przyszłe pokolenia

Tom 1 (2015), Artykuł 6 Brak komentarzy

Większość ludzi, którzy kiedykolwiek będą żyć na Ziemi, jeszcze się nie urodziła. Geir B. Asheim, ekonomista z Oslo, pokazał, że łatwo to wyliczyć: na świecie jest teraz ok. 7 mld ludzi, do tej pory żyło w sumie ok. 100 mld osobników homo sapiens (stosunek tych liczb to 1 do 14). Zakładając, że Ziemia będzie istniała jeszcze 500 mln lat, populacja ustabilizuje się na poziomie 10 mld, a średnia długość życia będzie wynosiła 73 lata, to stosunek liczby przyszłych ludzi do tych, którzy żyją obecnie, wyniesie 10 000 000 do 1. Czy mamy jakieś obowiązki względem tych nieistniejących jeszcze ludzi – tak wielu ludzi – a jeśli tak, to jak należy je rozumieć? Bez względu na to, jakie będą decyzje obradującego właśnie w Paryżu szczytu klimatycznego (30 listopada – 11 grudnia 2015), u ich podstaw będzie leżała jakaś teoria na temat wartościowania w czasie – choć niekoniecznie sami decydenci będą jej świadomi.

Zacznijmy od zmodyfikowanej wersji przykładu zaproponowanego przez Petera Singera, filozofa z Princeton: przechodzisz koło płytkiego stawu i widzisz tonące dziecko. Byłoby skrajnie niegodziwe, gdybyś nie poświęcił kilku minut i swojego czystego ubrania, by uratować życie tego dziecka. Wedle Singera ten przykład ma stanowić analogię do obowiązku pomocy żyjącym w odległych krajach ludziom, którzy umierają np. na łatwo dające się wyleczyć choroby: wystarczyłoby, że poświęcilibyśmy niewiele czasu i niewiele środków, a możemy uratować czyjeś życie.

Zmieńmy nieco ten przykład. Przechodzisz groblą pomiędzy dwoma płytkimi stawami: w jednym widzisz jedno tonące dziecko, w drugim – dziesięcioro. Jeśli pójdziesz na pomoc dziesięciorgu dzieciom, to nie zdążysz pomóc temu z drugiego stawu – i odwrotnie. Większość ludzi zgodziłaby się, że w tej tragicznej sytuacji powinieneś uratować dziesięcioro (choć niektórzy, np. John M. Taurek, sugerowaliby, że w tej sytuacji decyzję powinieneś podjąć raczej na podstawie ślepego trafu, np. rzutu monetą).

Pójdźmy jeszcze dalej: jesteś w stanie uratować jedno dziecko teraz lub dziesięcioro dzieci dopiero za miesiąc. Podobnie jak poprzednio nie jesteś jednak w stanie zrobić obu tych rzeczy. Co powinieneś wybrać? Czy twój wybór się zmieni, gdy będzie chodziło o rok? A o 10 lat, albo o 100? Czy sama bliskość w czasie jest na tyle istotnym moralnie czynnikiem, że w tym ostatnim wypadku powinieneś uratować jedno obecnie żyjące dziecko, poświęcając dziesięcioro przyszłych? Czy fakt, że dzieci, które mógłbyś uratować za 10 albo 100 lat, jeszcze się nie urodziły, ma znaczenie? Albo to, że nie nigdy nie poznasz ich tożsamości, bo będą tzw. beneficjentami statystycznymi?

Te hipotetyczne łamigłówki obrazują realne dylematy związane z zapobieganiem zmianom klimatycznym wywołanym działalnością człowieka. W nieodległej przyszłości istotnie wpłyną one na życie wielu ludzi: fale gorąca czy powodzie zabiją wielu ludzi i mogą przyczynić się do klęski głodu, chorób, migracji. Co więcej – w przeciwieństwie do przykładu ze stawem – wedle zdecydowanej większości teorii naukowych nie jesteśmy tu tylko przypadkowymi przechodniami: to my, jeżdżąc samochodami, używając energii elektrycznej i w ogóle korzystając z dobrodziejstw cywilizacji, przyczyniamy się do zmian klimatycznych.

Nawet jeśli ktoś nie wierzy w trafność tych teorii, nie osłabia to jego obowiązków względem przyszłych ludzi. Zobaczmy to na przykładzie: używasz jakiegoś środka chemicznego, który wedle zdecydowanej większości teorii naukowych niemal na pewno poważnie zaszkodzi wielu ludziom. Nie wierzysz w te teorie, choć je znasz. Czy wolno ci używać tego środka? Oczywiście, że nie. Kluczowe pytanie jest więc takie: jak wiele powinniśmy dziś poświęcić ze swojego dobrobytu, by zapobiec zmianom klimatycznym?

Kilka lat temu ekonomiczne koszty zmian klimatycznych próbował oszacować rząd brytyjski. Opracowany na jego zamówienie Raport Sterna z 2006 r. przyniósł pozornie prostą konkluzję: na walkę z globalnym ociepleniem rządy powinny rocznie wydawać ok. 1 proc. globalnego PKB (wówczas było to ok. 500 mld dolarów), bo to się po prostu opłaca. Jeśli nie wydamy tych pieniędzy teraz, to w przyszłości – za 20, 50 czy 100 lat – koszty, które ludzkość będzie musiała ponieść w związku ze zmianami klimatycznymi, będą znacznie wyższe.

Niektórzy uznali, że taka skala wydatków byłaby absurdalna: wydawanie tak olbrzymich sum w imię zabezpieczenia interesów przyszłych ludzi sprawi, że będziemy musieli ograniczyć wydatki na obecnie potrzebujących – nasz budżet nie jest przecież nieograniczony. Globalny budżet pomocowy dla krajów rozwijających się wynosił w 2006 roku ok. 50 mld dolarów. Czy faktycznie powinniśmy wydawać aż 10 razy tyle na ochronę interesów przyszłych ludzi?

Część ekonomistów (np. Partha Dasgupta z Cambridge) zaprotestowała przeciwko konkluzjom Raportu Sterna z innego powodu: stwierdzili, że przyjęto w nim zbyt niską stopę dyskontową (1,4 proc.). Pokazuje ona, jak szybko zmniejsza się dzisiejsza wartość dóbr, im bardziej te dobra są odległe w czasie: to samo dobro, które dziś wyceniamy na 1000 zł, w perspektywie 100 lat miałoby – wedle stopy przyjętej przez raport – wartość ok. 250 zł z naszej perspektywy. Dlatego niektórzy twierdzą (np. William Nordhaus z Yale), że znacznie rozsądniejsze w kontekście odległej przyszłości byłoby przyjęcie wyższej, np. 6-cio procentowej, stopy dyskontowej. Wtedy to dobro, które dziś jest warte 1000 zł, wycenialibyśmy za 100 lat na ok. 2,5 zł, czyli sto razy mniej niż w wariancie przyjętym przez Raport Sterna.

W jaki sposób ustalić właściwy poziom stopy dyskontowej, wyznaczyć dzisiejszą wartość przyszłych dóbr, a zarazem wycenić ewentualne straty materialne wynikające ze zmian klimatycznych? Wbrew pozorom nie jest to zadanie wyłącznie dla ekonomistów, ponieważ od wysokości dyskontowania zależy to, jak bardzo będziemy cenić dobrobyt i interesy ludzi żyjących w przyszłości: jeśli przyjmiemy stopę na niskim poziomie, to będziemy znacznie bardziej skłonni dbać o przyszłe dobra, a tym samym bardziej skłonni troszczyć się o efekty zmian klimatycznych.

Niektórzy powiedzieliby, że badając indywidualne bądź społeczne preferencje dotyczące wartościowania przyszłych dóbr względem dóbr obecnych, można ustalić „właściwy” poziom dyskontowania. Jednak to nie jest dobre rozwiązanie. Na przykład niektóre nasze zachowania mogłyby być traktowane jako wyraz preferencji, że przywiązujemy nieco mniejszą wagę do jakości swojego przyszłego zdrowia niż do jego obecnej jakości. Czy z powszechnego faktu istnienia takich preferencji mamy wyprowadzić normatywny wniosek, że faktycznie mniej powinniśmy cenić jakość życia na starość niż w młodości (lub w ogóle nie cenić długiego życia)? Oczywiście, że nie. Co więcej, same te preferencje czasowe są często niespójne: ludzie mają skłonność do większego dyskontowania zysków niż strat, a także przyszłych dóbr indywidualnych niż społecznych; mało wartościowe dobra są dyskontowane bardziej niż te wartościowsze; preferencje krótkoterminowe nie zgadzają z preferencjami długoterminowymi itd.

Przenieśmy to na poziom społeczny i wielopokoleniowy, a zobaczymy dodatkowy problem: wyobraźmy sobie, że jakieś społeczeństwo większością głosów (albo nawet jednomyślnie) podejmuje decyzję, że natychmiast skonsumuje lub roztrwoni wszystkie posiadane przez siebie zasoby naturalne. Nawet jeśli uznamy, że wolno byłoby podejmować takie decyzje w horyzoncie jednego pokolenia, to czy wolno je podejmować względem ludzi, którzy jeszcze nie istnieją, a tym samym nie biorą udziału w podejmowaniu tego typu decyzji? Czy nie powinni zostać oni jakoś włączeni w taki proces decyzyjny (np. poprzez wyznaczenie rzeczników ich uprawnień)?

Jak widać, traktowanie czasu analogicznie do przestrzenni w kontekście obowiązków moralnych lub wynikających z reguł sprawiedliwości (jak sugeruje np. Derek Parfit z Oksfordu) jest problematyczne. Nawet jeśli przyjęlibyśmy bardzo kosmopolityczne założenia dotyczące obowiązków moralnych czy wymogów sprawiedliwości, to ludzi żyjących w przyszłości nie da się traktować analogicznie do ludzi żyjących obecnie w odległych częściach świata. Nie zmienia to tego, że nasze obowiązki moralne wobec przyszłych ludzi, którzy się jeszcze nie urodzili i których tożsamości nigdy nie poznamy, są równie realne jak obowiązki względem obecnie żyjących – nawet jeśli na razie nie mamy dobrych narzędzi, by porównywać interesy ludzi żyjących w odległych od siebie czasach.

Literatura 

J. Broome, The ethics of climate change, “Scientific American”, June 2008.

J. Gardiner, A Perfect Moral Storm: The Ethical Tragedy of Climate Change, Oxford University Press 2011, DOI: 10.1093/acprof:oso/9780195379440.001.0001

W. Lewandowski, Przyszłość i odpowiedzialność. Problem uzasadnienia odpowiedzialności za przyszłe pokolenia, Wydawnictwo KUL, Lublin 2015

T. Żuradzki, Granice troski o przyszłe pokolenia, “Diametros” 26 (2010): 206-225, DOI: 10.13153/diam.26.2010.422


Tomasz Żuradzki – adiunkt w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, kierownik projektu Filozofia w praktyce.

Podobne artykuły