PG zdjecie
Paweł Grabarczyk

Utopia jawności

Tom 2 (2016), Artykuł 3 1 komentarz

Temat prywatności i jej zagrożeń pojawia się w dyskursie publicznym dość często. Powody tego zainteresowania są, przynajmniej częściowo, oczywiste: co rusz pojawiają się wokół nas nowe technologie, które zagrażają niektórym formom prywatności (na przykład możliwość rejestrowania wszystkiego telefonem komórkowym); każą nam wypracowywać nowe formy jej przestrzegania (np. poprzez konieczność ustalenia, czy wypowiedź na Facebooku jest wypowiedzią publiczną) albo też wręcz przeciwnie — oferują nowe formy utajniania danych (np. PGP czy Freenet). Rozwiązaniom technologicznym towarzyszą propozycje zmian prawnych, które wzbudzają niekiedy niemałe kontrowersje (choćby ACTA, czy najnowsza debata wokół tzw. ustawy inwigilacyjnej). Wydaje się więc, że prywatność, rozumiana jako prawo do ograniczania dostępu do wybranych informacji należy do katalogu podstawowych wartości, które pragniemy chronić. A jednak — głębszy namysł nad rolą, jaką prywatność pełni w życiu społecznym, prowadzi do dość zaskakującej konkluzji.

Aby konkluzję tę ujawnić zacznijmy od niewinnego, a może nawet i naiwnego pytania — dlaczego ktokolwiek chciałby ze swojej prywatności korzystać? Cóż, nie ulega wątpliwości, że zachowanie to może być po prostu irracjonalne, ale gdyby o to w prywatności chodziło, sprowadzałaby się ona do wyszukanej formy ochrony ludzkich zachcianek. Jeżeli zachowanie takie jest jednak racjonalne, to powstaje pytanie, jakie racje za nim stoją? Możemy dość ostrożnie założyć, że osoba taka uznaje, iż ujawnienie informacji wywoła jakąś niepożądaną reakcję ze strony otoczenia. No dobrze, ale dlaczego otoczenie miałoby tak reagować? Tu znów mamy dwie możliwości — społeczność, w której znajduje się nasz bohater zachowuje się racjonalnie albo nie. Jeżeli zachowuje się racjonalnie, oznacza to, że istnieją powody, dla których zachowanie tego człowieka jest dla społeczności szkodliwe. Jeżeli zachowuje się nieracjonalnie, to znaczy, że wywiera na jednym ze swoich członków presję bez żadnego wyraźnego powodu.

Choć odmienne, obie możliwości prowadzą do dość zaskakującego werdyktu — nie dość, że prywatność nie jest wartością samą w sobie, to jeszcze wyglądać zaczyna na narzędzie, z którego korzystamy w dość podejrzanych okolicznościach. Okazuje się bowiem, że służy ona albo temu, by w skryty sposób szkodzić własnej społeczności, albo temu, by chronić się przed jej opresywnością w sposób, który opresywności tej się nie przeciwstawia, ponieważ polega jedynie na ukrywaniu się (przez co wspiera jedynie status quo). Czy w idealnie urządzonym społeczeństwie, które zbalansowałoby wolność jednostki i ogółu, prywatność byłaby jeszcze do czegokolwiek potrzebna? A może tego rodzaju idealnego wyważenia z zasady nie da się uzyskać, przez co prywatność traktować należy po prostu jako zło konieczne? Będę argumentował za tym, że nawet gdyby napięcia pomiędzy jednostką a ogółem okazały się nieusuwalne, to prywatność nie jest jedynym środkiem radzenia sobie z nimi. Równie dobrym, a pod pewnymi względami nawet lepszym rozwiązaniem jest bowiem… całkowity i konsekwentny brak prywatności.

Wyobraźmy sobie przez chwilę świat permanentnej i całkowitej inwigilacji (szczegółowy opis tego eksperymentu przedstawiłem w tym artykule). Załóżmy, że kamery rejestrujące zachodzące zdarzenia są wszechobecne, a nośniki i metody kompresji danych pozwalają nam na zupełnie niekłopotliwe archiwizowanie tego, co uda się zaobserwować. Załóżmy przy tym, że pod szklanym okiem kamer jest naprawdę wszystko — nie ma na Ziemi zakamarka, który nie byłby non-stop nagrywany. Uprzedzając pytanie — tak, obserwowane są również sypialnie, łazienki, toalety i przebieralnie. Choć jest to, niewątpliwie, scenariusz z gatunku science-fiction, nie chodzi o wyobrażanie sobie rzeczy niebywałych — mówimy tu „wyłącznie” o ciągłym rejestrowaniu wszystkiego, co daje się zaobserwować. Nie trzeba zatem postulować jakichś tajemniczych technologii pozwalających na wgląd w ludzkie umysły. Powiecie/ Ktoś powie zapewne, że obraz taki to nic nowego — tego rodzaju utopiami karmimy się od lat — od Panoptikonu po 1984. To prawda, ale to jeszcze nie koniec opowieści. Załóżmy dodatkowo, że każdy, zawsze i wszędzie ma dostęp do wszystkich zarejestrowanych danych. W skrócie — każdy obywatel naszej utopijnej społeczności ma uszy i oczy wszędzie (choć oczywiście nie musi z nich bez przerwy korzystać). Co istotne, dostęp ten jest równy — żadne rządy, agencje wywiadowcze, czy wojsko nie są pod tym względem uprzywilejowane.

Dla sceptyków, którym niełatwo wyobrazić sobie taki świat ze wszystkimi jego konsekwencjami, dla Was dobrą wiadomość — pod wieloma względami nie różniłby się on od rzeczywistości, w której żyjemy. Zanim sobie to uświadomimy, zacznijmy jednak od wskazania pewnych istotnych różnic. W świecie bez prywatności niemalże nie byłoby przestępstw — a ściślej, byłyby one dokonywane jedynie przez jednostki, którym obojętna jest nieuchronna kara, lub też takie, które nie rozumieją wagi dokonywanego czynu. Wszyscy pozostali musieliby raczej zrezygnować ze swoich nielegalnych planów. Powód jest oczywisty — każdy przestępca byłby w naszej utopii jawności przyłapywany na gorącym uczynku, a w najgorszym wypadku wyśledzony na podstawie zapisu drogi, jaką przebył od miejsca zbrodni do miejsca kryjówki (o ile takie słowo miałoby jeszcze sens). Zamachy terrorystyczne znacznie trudniej byłoby przygotować, a obrót papierami wartościowymi zbliżyłby się do wolnorynkowego ideału, ponieważ nikt nie mógłby uzyskać przewagi wchodząc w posiadanie informacji, których nie mają inni / niedostępnych dla innych. Na tym ostatnim przykładzie daje się też pokazać kluczową cechę proponowanej przeze mnie utopii — jej zaskakującą zdolność do autoregulacji.

Wyobraźmy sobie centrum zrzeszające światowych specjalistów od inwestycji, wyposażonych w superkomputery liczące przebiegłe algorytmy, uzyskujących nagle pełen dostęp do informacji o świecie. Czy nie oznacza to, że stosując przewagę wiedzy i środków zaczną oni pomnażać swój kapitał kosztem tych, którzy mimowolnie informacji tych im dostarczają? A co z korporacjami, które gromadzić zaczną wszystkie informacje na nasz temat? Cóż — wystarczy uświadomić sobie, że ten sam mechanizm, który odpowiada za powstanie tej pozornej przewagi, pozwala szybko ją zniwelować. Dyskusje, raporty a przede wszystkim działania takich ekspertów i korporacji są bowiem dostępne wszystkim. Każdy inwestor może, dosłownie, „inwestować jak ekspert”, ponieważ ekspert nie może swoich działań przed nim ukryć.

Ten sam mechanizm autoregulacji działał będzie w innych, mniej zmatematyzowanych sferach życia. Załóżmy na przykład, że ktoś zechciałby nas podglądać. Choć technologia opisywanej utopii jawności mu na to pozwala, nie może jednak robić tego zupełnie bezkarnie, ponieważ wszyscy, łącznie z podglądanym, mogą patrzeć na to, co podglądacz robi. Nietrudno wyobrazić sobie mechanizmy psychologiczne, które tutaj zadziałają. Pomyślmy choćby o podróży pociągiem. Czy pociągi wyposażone są w techniczne zabezpieczenia, które broniłyby nas przed wścibskim spojrzeniem współpasażerów (niektórzy powiedzą, że i owszem — są to zasłonki, ale argument dotyczy podróżujących w tym samym przedziale)? Oczywiście nie. Co sprawia zatem, że ludzie nie obserwują się przez cały czas podróży, nie czytają sobie gazet przez ramię itd.? Są to ograniczenia społeczno-psychologiczne — ludzie ci albo nie mają na to ochoty, albo wiedzą, że sami zwracają w ten sposób niepożądaną uwagę na siebie. Podglądanie sprawia podglądającym radość, bo daje im rodzaj przewagi, która w świecie utopii jawności znika. Jedną z zalet tego eksperymentu myślowego jest zatem pokazanie, że wiele z zabezpieczających naszą prywatność mechanizmów ma charakter arbitralnych umów społecznych, a nie twardych technicznych ograniczeń. Spójrzmy na jeszcze jeden przykład, który dobrze to uwypukla.

Można wahać się, czy w świecie bez prywatności pozostaje jeszcze miejsce na zaufanie: po co ufać, skoro w każdej chwili można sprawdzić, czy poszedłem w miejsce, które zapowiadałem i czy zrobiłem to, co obiecałem? Myśląc tak zapominamy jednak, że nawet w świecie, w którym prywatność istnieje, moglibyśmy poddawać naszych bliskich ciągłym testom (na przykład dzwoniąc do nich co chwilę). Dlaczego tego nie robimy? Ponieważ wtedy zdradzilibyśmy, że im nie ufamy. Zaufanie polega na rezygnacji z obserwacji, a nie na jej niemożności.

Nie mam tu miejsca na detaliczne rozważanie większej liczby konkretnych przykładów, ale zarzuty wobec świata bez prywatności podzielić można na 3 grupy. Część z nich cały czas nie może wyzwolić się z tradycyjnego paradygmatu utopii tworzonych na potrzeby dyskusji o prywatności i zapomina, że w utopi jawności nikt nie jest uprzywilejowany. Część nie docenia roli wspomnianych arbitralnych reguł społecznych, które w zupełnie elastyczny sposób korygować mogą dostęp do informacji. Część zaś apriorycznie zakłada, że jakieś aspekty naszej konstytucji psychologicznej, czy szerzej, biologicznej, uniemożliwiłyby życie w takim świecie. O ostatnim z argumentów nic jeszcze nie mówiliśmy, ale wydaje się on dość wątpliwy. Dla przykładu — niektórzy obawiają się, że człowiek mający świadomość ciągłej obserwacji nie byłby w stanie tego na co dzień znieść, że oszalałby albo utracił autentyczność. W praktyce okazuje się jednakże, że nic takiego się nie dzieje. Ludzie szybko zapominają o obserwacji, gdy tylko nikt ostentacyjnie nie wpatruje się w nich lub nie celuje w nich okiem kamery. Jest to doświadczenie znane każdemu, kto miał okazję przebywać w jednym z większych europejskich miast, które są obecnie naszpikowane nieskrytymi i skrytymi kamerami (powszechnymi w instytucjach publicznych, w parkach, w środkach komunikacji miejskiej). Co więcej, perspektywa ciągłej inwigilacji nie jest wcale nowinką ostatnich lat — w przeszłości niektórzy ludzie przeżywali całe życie w przekonaniu, że są non-stop obserwowani przez siły wyższe i nie odbierało to im autentyczności.

Prywatność to zawór dostępu do informacji, którego funkcją jest minimalizowanie szkód powstałych poprzez nierówność tego dostępu. Prywatność jest zatem środkiem do uzyskania wartości, jaką jest sprawiedliwy dostęp do informacji, a nie wartością samą w sobie. Nie mogąc uwolnić wszystkich informacji ograniczamy to, co jest w naszej mocy, broniąc się przed tymi, którzy mają ich więcej od nas. Oznacza to jednak, że gdybyśmy mogli informacje uwolnić, prywatność przestałaby być potrzebna.

Literatura

Grabarczyk, P., Świat jawności całkowitej, czyli o roli prywatności w życiu społecznym, „Diametros” 36, 2013.

Westin, A., The origins of modern claims to privacy, [w:] F. Shoeman (red.), Philosophical Dimensions of Privacy, Cambridge University Press 2007.

Gavison, R., Privacy and the limits of law, [w:] F. Shoeman (red.), Philosophical Dimensions of Privacy, Cambridge University Press 2007.

Roessler B., Mokrosinska D.M., Social Dimensions of Privacy: Interdisciplinary Perspectives, Cambridge University Press 2015.


Paweł Grabarczyk – doktor filozofii, adiunkt w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Łódzkiego. Redaktor naczelny (wraz z Tomaszem Sieczkowskim) Internetowego Magazynu Filozoficznego HYBRIS.

Podobne artykuły