Dlaczego aktualny system publikacji naukowych jest nieetyczny i jak go zmienić?
Wyobraź sobie, że jesteś pracownikiem naukowym polskiej uczelni. Chcesz opublikować wyniki swoich badań. Składasz tekst do renomowanego czasopisma naukowego. Jego redakcja wysyła tekst do innych naukowców z twojej dziedziny. Specjaliści recenzują twój tekst bez wynagrodzenia od wydawcy.
Mija kilka miesięcy. Udało się – po serii poprawek twój tekst zostanie opublikowany na stronie internetowej czasopisma. Za publikację artykułu naukowego nie dostaniesz wynagrodzenia, ale przynajmniej nie musisz płacić wydawcy za to, aby tekst się ukazał. Jeśli jednak publikujesz za darmo, tekst zostanie za „paywallem”. Każdy, kto będzie chciał go legalnie przeczytać, powinien zapłacić około czterdziestu euro. 40 euro – za jeden, kilkunastostronicowy plik pdf, przedstawiający wyniki badań sfinansowanych z publicznych pieniędzy. Z tej sumy ani ty, ani eksperci, którzy zrecenzowali twój tekst, nie dostaną nawet eurocenta. Kwota trafi do wydawcy, czyli firmy, która jest właścicielem czasopisma naukowego publikującego twój tekst.
Zależy ci jednak na tym, aby jak najwięcej osób mogło przeczytać efekty twojej pracy. Wiesz, że publikacje, które są za paywallem, są rzadziej cytowane przez zróżnicowane grono odbiorców. Czasopismo dysponuje rozwiązaniem – może twój tekst opublikować na swojej stronie internetowej w tzw. otwartym dostępie (open access), dzięki czemu każda zainteresowana osoba będzie mogła od razu przeczytać go w całości. Jednak cena za tę usługę jest słona: około 3 tysiące euro za jeden plik pdf.
Etyczne wady
Czy taki system ma jakikolwiek sens? Publikujemy własne i recenzujemy cudze artykuły naukowe za darmo. Artykuły te często przedstawiają wyniki publicznie finansowanych badań. Jednak podatnik, aby uzyskać dostęp do wyników, które sfinansował, musi zapłacić jeszcze raz, albo bezpośrednio: poprzez paywalle, albo pośrednio: finansując subskrypcje biblioteczne czy opłaty za open access. Te środki nie trafiają z powrotem do systemu, który wiedzę wytworzył. Publiczne pieniądze wypływają z uczelni do zagranicznych, komercyjnych wydawców, którzy nie wnoszą do nauki istotnej wartości dodanej, a wręcz ograniczają dostęp do wiedzy. Wydawcy czołowych periodyków naukowych kapitalizują prestiż i rozpoznawalność związaną z publikowaniem w określonym czasopiśmie. Jednak to zespół redakcyjny – a nie właściciel czasopisma – decyduje o jego wartości naukowej. Koszty utrzymania czasopisma mogą być znaczące, zwłaszcza że wiodące czasopisma muszą odsiewać dużą liczbę nadsyłanych do recenzji prac. Jednak ani naukowcy, ani podatnicy nie powinni składać się na wysokie marże wydawców czasopism naukowych, którzy limitują dostęp do efektów prac publicznych instytucji badawczych. Zasadniczy problem polega więc na tym, że ostatnim ogniwem łańcucha wytwarzania i upowszechniania wiedzy naukowej są firmy czerpiące nieproporcjonalne do ich wkładu zyski z akademickiego systemu.
Jak pisałam tutaj [1], uważam, że współczesny komercyjny system wydawania czasopism naukowych jest etycznie wadliwy z wielu powodów. Po pierwsze, jest niesprawiedliwy. Stwarza nierówności, wprowadzając bariery dla naukowców i studentów – dostęp do publikacji naukowych zależy od zamożności uczelni. Zarówno koszty wykupywania dostępu bibliotecznego do czasopism naukowych, jak i koszty opłat za publikowanie w otwartym dostępie przerastają możliwości finansowe wielu ośrodków. A gdy instytucje z krajów o niższych dochodach pokrywają koszty opłat publikacyjnych, pieniądze podatników zasilają prywatne zachodnie firmy zamiast służyć rozwojowi nauki i edukacji w kraju.
Po drugie, obecny system przyczynia się do rozkwitu tak zwanych czasopism drapieżnych (predatory journals). Czasopisma te opublikują wszystko za odpowiednią opłatą. Nie prowadzą rzetelnego procesu recenzji naukowej. Niektóre z nich, cytując siebie nawzajem, pną się w rankingach czasopism naukowych opartych na wskaźnikach cytowalności. Obecnie to, że dana strona internetowa wygląda jak czasopismo naukowe, nie gwarantuje, że faktycznie publikowane są na niej treści, których poprawność ktokolwiek weryfikował. Istnienie czasopism drapieżnych nie tylko zakłóca stan wiedzy, ale też podważa społeczne zaufanie do nauki.
Po trzecie, wiele ze współczesnych praktyk wydawniczych stoi w sprzeczności z etosem nauki, w każdym razie w jego klasycznym wydaniu. Na etos nauki w ujęciu Mertona składają się cztery wymogi: zorganizowany sceptycyzm, uniwersalizm, bezinteresowność i „komunizm” [2]. Czasopisma drapieżne, nie prowadząc rzetelnego procesu recenzji, naruszają wymóg zorganizowanego sceptycyzmu. Tymczasem wytwarzanie godnej zaufania wiedzy zależy od systematycznego poddawania twierdzeń naukowych krytycznej i metodologicznej ocenie. Z kolei nadmierne poleganie na prestiżu marki największych wydawców czasopism naukowych podważa zasadę uniwersalizmu w nauce, uzależniając ocenę rzetelności naukowej od miejsca publikacji, a nie od wartości samych twierdzeń. Paywalle i inne bariery w dostępie do wyników badań naukowych wyraźnie godzą w zasadę Mertonowskiego „komunizmu”, czyli wspólnej własności wiedzy naukowej. Wreszcie uwikłanie samego procesu publikowania wyników badań w komercyjne motywacje wydawców, a także w konkurencyjną pogoń za punktami i rankingami przez poszczególnych badaczy i naukowe instytucje – pozostaje w konflikcie z zasadą bezinteresowności. Ta ostatnia nie ma oznaczać czysto altruistycznej motywacji osób zajmujących się nauką, ale raczej pewną niezależność instytucji naukowych, które nie powinny być podporządkowane interesom finansowym, politycznym lub osobistym poszczególnych osób czy organizacji. Instytucje naukowe powinny być tak urządzone, by motywować swoich członków do realizacji głównego celu ich istnienia – dokonywania nowych odkryć i dzielenia się wiedzą.
Możliwe rozwiązania
Wprowadzenie finansowego wynagrodzenia dla autorów artykułów naukowych i recenzentów nie stanowi moim zdaniem dobrego rozwiązania zarysowanych wyżej problemów. Nawet jeśli takie wynagrodzenie zmniejszyłoby część niesprawiedliwości obecnego systemu – systemu zbudowanego na czerpaniu zysku z nieodpłatnej pracy akademików – to prawdopodobnie zwiększyłoby koszty publikacji i jeszcze bardziej ograniczyło dostęp do wiedzy.
W ostatnich latach powstało wiele słusznych inicjatyw, których celem jest zwiększenie dostępu do efektów pracy ośrodków naukowych: repozytoria preprintów (artykułów w wersji przed recenzją naukową), repozytoria danych badawczych czy uczelnianie repozytoria publikacji naukowych oraz techniczne rozwiązania, takie jak np. wtyczka Unpaywall, ułatwiające wyszukiwanie treści repozytoriów. Repozytoria umożliwiają publikację w modelu zwanym zielonym otwartym dostępem. W ramach green open access artykuł, który na stronie czasopisma pozostaje za paywallem, jest możliwy do wyszukania za darmo w uczelnianym repozytorium.
Z punktu widzenia problemów opisanych w tym artykule, optymalnym modelem wydaje się tzw. diamentowy otwarty dostęp (diamond open access), czyli niekomercyjne wydawanie treści naukowych. W takim modelu czasopisma finansowane są np. przez uczelnie, ośrodki czy towarzystwa naukowe, które wydają je nie dla zysku. Za publikację nie płaci ani autor artykułu, ani czytelnik. Diamentowy otwarty dostęp nie powinien jednak oznaczać, że funkcjonowanie czasopisma opiera się na pracy charytatywnej. Praca redaktorów mogłaby być wykonywana w ramach środowiska akademickiego przez dobrze wykwalifikowane, godziwie wynagradzane osoby. Jeśli pracownicy naukowi lub doktoranci zajmują się obowiązkami redakcyjnymi za darmo i po godzinach, jak to nierzadko bywa w czasopismach wydawanych przez polskie uczelnie, trudno spodziewać się sprawnego procesu redakcyjnego.
Co ważne, samo funkcjonowanie w modelu non-profit nie gwarantuje jakości czasopisma. Ostatecznie o tym, czy dane czasopismo warto czytać, decyduje jakość składanych do niego artykułów. Innymi słowy to, czy redakcja ma z czego wybierać. Tymczasem uzależnianie ocen pracowniczych czy systemów ewaluacji uczelni od rankingów czasopism cementuje aktualny, oparty na prestiżu marki, system. Zespoły redakcyjne czołowych czasopism, decydując się na odejście od komercyjnych wydawców i zakładając nowe czasopisma – nawet prowadzone przez tych samych ekspertów – ryzykują, że będą one mniej rozpoznawalne. Dopóki nie znajdą się wysoko w rankingach czasopism, część naukowców nie będzie w nich publikować. W ten sposób koło się zamyka.
Czy jednak, w dobie nowych możliwości dzielenia się danymi online, publikacje naukowe w ogóle muszą ukazywać się w czasopismach naukowych, wydawanych z podziałem na tomy i numery? W marcu tego roku ogłoszono dalsze rozszerzenie Open Research Europe, nowatorskiej platformy do publikowania recenzowanych artykułów naukowych z badań finansowanych z europejskich funduszy, takich jak granty Europejskiej Rady ds. Badań Naukowych (ERC) czy Horyzont Europa. Jak czytamy na stronie Komisji Europejskiej: „Nowa faza ORE ma rozpocząć działalność jako wspólnie finansowana usługa wydawnicza jesienią 2026 roku, a platformą zarządzać będzie CERN. (…) Usługa wydawnicza będzie prowadzona przez krajowe organizacje badawcze z 11 krajów (Austria, Francja, Niemcy, Włochy, Holandia, Norwegia, Portugalia, Słowenia, Hiszpania, Szwecja i Szwajcaria). Oprócz badaczy korzystających z grantów UE, finansowanie zbiorowe umożliwi również badaczom z krajów uczestniczących publikowanie bez opłat.” Dlaczego Polska nie uczestniczy w tym projekcie? W kontekście niskich nakładów na naukę, można przypuszczać, że decydenci nie są chętni dokładaniu się do europejskiej instytucji. Zamiast tego… tworzymy nową listę czasopism punktowanych. A przecież to właśnie presja na publikowanie w wysokopunktowanych, komercyjnych czasopismach pozwala ich wydawcom dyktować warunki.
„No i panie, kto za to płaci? Pan płaci, pani płaci, my płacimy.” [5]
Źródła:
[1] Emilia Kaczmarek, Why the Current Model of Academic Publishing Is Ethically Flawed—and What We Can Do to Change It, Journal of Scholarly Publishing 2025, Volume 56, Number 4, pp. 899-921. https://utppublishing.com/doi/10.3138/jsp-2025-0047
[2] Robert K. Merton, Science and democratic social structure [w:] Social Theory and Social Structure, Free Press, 1968.
[3] Shella Keilholz, Why I left the editorial board of the prestigious scientific journal NeuroImage — and helped start something new, StatNews, 1.02.2024, https://www.statnews.com/2024/02/01/scientific-publishing-neuroimage-editorial-board-resignation-imaging-neuroscience-open-access/
[4] Directorate-General for Research and Innovation, A new era for Open Research Europe, 26.03.2026, https://research-and-innovation.ec.europa.eu/news/all-research-and-innovation-news/new-era-open-research-europe-2026-03-26_en
[5] Cytat z filmu “Rejs”, M. Piwowski, 1970.
Dr Emilia Kaczmarek – adiunktka w Zakładzie Etyki Wydziału Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, członkini „Centrum Bioetyki i Bioprawa” WFz UW. Zajmuje się etyką badań naukowych, w tym publikacji naukowych, etyką sztucznej inteligencji oraz granicami medykalizacji. Autorka książek: „Co to właściwie jest ten dżender? I inne felietony” oraz „Gorzka pigułka. Etyka i biopolityka w branży farmaceutycznej”. Laureatka Nagrody Naukowej „Filozofii w Praktyce” za rok 2019.
This research has received funding from the European Research Council (ERC) under the European Union’s Horizon 2020 research and innovation programme (grant agreement No 805498).
Photo by CHUTTERSNAP on Unsplash