Maciej Juzaszek

Wyroki Trybunału Konstytucyjnego a natura i normatywność prawa

Tom 1 (2015), Artykuł 7 1 komentarz

3 grudnia 2015 roku Trybunał Konstytucyjny orzekł częściową niekonstytucyjność ustawy o Trybunale Konstytucyjnym z czerwca br. Stwierdził, że podstawa dla wyboru przez Sejm VII kadencji trzech sędziów była zgodna z Konstytucją, zaś dwóch sędziów niezgodna. W uzasadnieniu, będącym integralną częścią wyroku, stwierdzono ponadto, że “Prezydent jest obowiązany przyjąć ślubowanie od sędziów wybranych przez Sejm na podstawie art. 194 ust. 1 Konstytucji. Nie ma w tym zakresie możliwości dokonywania samodzielnej, a przy tym swobodnej – zależnej jedynie od własnego uznania – oceny ani podstaw prawnych dokonanego wyboru, ani prawidłowości procedury, która została w danym wypadku zastosowana przez Sejm” (s. 71). Oznacza to, że Prezydent powinien był niezwłocznie odebrać przyrzeczenie od wszystkich wybranych w poprzedniej kadencji osób, gdyż, jak stwierdził Trybunał “po dokonaniu przez Sejm wybór na stanowisko sędziego mamy do czynienia z sędzią Trybunału, nawet jeżeli nie rozpoczął jeszcze kadencji i nie objął urzędu” (s. 68). Co więcej, w sprawie podjętych przez Sejm nowej kadencji 25 listopada br. uchwał, TK stwierdził, że „z prawnego punktu widzenia ich treścią jest – po pierwsze – przedstawienie politycznego stanowiska Sejmu w konkretnej sprawie, która w danym momencie została oceniona przez izbę jako doniosła, po drugie zaś – niewiążące prawnie wezwanie organu państwa (in casu Prezydenta) do określonego działania” (s. 52). Jako takie nie mają mocy wiążącej i nie mogły „unieważnić” wyboru poprzednich sędziów. Pomimo że Konstytucja w artykule 190 stanowi, że „orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego mają moc powszechnie obowiązującą i są ostateczne”, trzech sędziów legalnie wybranych przez poprzedni Sejm wciąż nie zostało zaprzysiężonych przez Prezydenta, a wyrok TK do dziś nie został opublikowany w Dzienniku Ustaw. Czy mamy jakiekolwiek podstawy do kwestionowania tego, że wyrok TK, po opublikowaniu, będzie prawem i będzie miał moc wiążącą?

W tym kontekście powracają fundamentalne pytania współczesnej filozofii prawa: czym właściwie jest prawo i co sprawia, że powinniśmy go przestrzegać. Pierwsze pytanie dotyczy kryteriów, które pozwalają nam powiedzieć coś o naturze prawa i odróżnić jego normy od norm innego rodzaju (np. moralnych czy obyczajowych). Pytanie drugie odnosi się do problemu normatywności, tzn. tego, czy prawo daje nam jakieś racje działania.

Być może nie jest tak, że prawo istotnie różni się od innych systemów norm, np. moralności czy zwyczaju. Być może normy prawa stanowionego zawsze zależą od obiektywnych praw naturalnych lub wartości, takich jak dobro wspólne czy sprawiedliwość. Jeżeli zatem dana norma ustanowiona przez władzę sprzeciwiałaby się tymże wartościom, po prostu nie będzie prawem a bezprawiem. Warto tu przywołać słynną formułę Gustava Radbrucha lex iniustissima non est lex (prawo rażąco niesprawiedliwe nie jest prawem). W ten sposób myślą o prawie zwolennicy podejścia prawnonaturalnego (tacy jak John Finnis czy Michael Moore), które wyrażać mogą również słowa wypowiedziane przez posła Kornela Morawieckiego „Prawo jest ważną rzeczą, ale prawo to nie świętość […]. Nad prawem jest dobro narodu […] Jeżeli prawo to dobro zaburza, to nie wolno nam uważać tego za coś, czego nie możemy naruszyć, czego nie możemy zmienić […]. Prawo ma służyć nam. Prawo, które nie służy narodowi, to jest bezprawie”. Wydedukować z nich można, że istnieje jakieś obiektywnie „dobro narodu”, z którym normy prawne muszą być zgodne. Jeśli nie są, nie można ich uznać za prawo, a więc nie mają one żadnej mocy wiążącej dla polityków i obywateli.

Podejście takie jest problematyczne z kilku powodów. Przede wszystkim, skąd mamy wiedzieć, co realizuje dobro narodu, kto ma o tym decydować? W każdym społeczeństwie, również polskim, spotkamy się z wielością, również wzajemnie się wykluczających, interpretacji. Ktoś mógłby dojść do wniosku, że przecież większość społeczeństwa wybrała swoich reprezentantów w parlamencie i mają oni mandat do tego, by decydować o treści woli narodu. Stwierdzenie takie należy jednak odrzucić. Przede wszystkim, nawet jeśli istotnie dobro narodu jest wartością obiektywną, wątpliwe jest, by o jego treści decydowało głosowanie. Każdy człowiek jest omylny, nie ma zatem gwarancji, że „my”, nawet jeśli stanowimy większość, wiemy na pewno, co jest dobre a co złe, co jest zgodne z wolą narodu, a co nie jest. Wiele niegodziwych praw popieranych było w historii przez większość społeczeństwa, wystarczy wspomnieć niewolnictwo. Właśnie dlatego wiele krajów demokratycznych, w tym Polska, podzieliła zakres spraw będących przedmiotem ustawodawstwa na te, które może zmieniać zwykła większość parlamentarna oraz te, które stanowią materię konstytucyjną i do zmiany wymagana jest o wiele mocniejsza legitymacja. Zakładamy bowiem, że prawdopodobieństwo pomyłki w przypadku decyzji popartej przez zdecydowaną większość jest dużo niższe. Tak naprawdę jednak nigdy nie możemy być pewni, że się nie mylimy. Co więcej, jeśli ustanowione przez ustawodawcę normy nie są prawem, to czym są? Często mówimy o „niesprawiedliwym prawie”, jednak wciąż nazywamy to, co niesprawiedliwe prawem. Wskazuje to na pojęciową różnicę między sferą prawa (które może być sprawiedliwe bądź niesprawiedliwe) oraz sferą moralną. Wreszcie, koncepcje prawnonaturalne wikłają nas w głębokie spory metafizyczne. Skąd się bierze prawo naturalne? Czy ustanowił je Bóg? Czy dobro narodu to dobro jakiegoś bytu zbiorowego, czy może sumy jednostek? Czy sprawiedliwość odkrywamy w świecie, czy jest to pojęcie stworzone przez ludzi? Jeśli chcemy wiedzieć, czym jest prawo, za każdy razem musimy, według prawnonaturalistów, najpierw odpowiedzieć na te i inne fundamentalne pytania.

Innym podejściem do natury prawa jest, sformułowana przede wszystkim przez Johna Austina, XIX-wiecznego prawnika brytyjskiego, koncepcja prawa rozumianego jako rozkaz suwerena poparty przymusem. Suwerenem jest podmiot, który może wydawać rozkazy, sam nie będąc nikomu poddanym. O prawie możemy zatem mówić, gdy suweren nakazuje lub zakazuje postępować w dany sposób, a za złamanie jego rozkazu grozi kara lub wyegzekwowanie działania zgodnego z wolą suwerena. Ludzie przestrzegają prawa nie dlatego, że uważają, że powinni tak robić, lecz dlatego, że jako racjonalne podmioty wiedzą, że dzięki temu unikną przemocy ze strony suwerena. Zatem norma, za której złamanie nie grozi żadna sankcja poparta przymusem, nie jest normą prawną. Norma nakazująca ustąpienie staruszce miejsca w tramwaju jest “jedynie” normą zwyczajową czy moralną, gdyż jeśli się do niej nie zastosujemy, nikt nas do tego nie zmusi ani nie ukarze nas za pomocą siły. Co istotne, treść norm prawnych popartych przymusem nie ma znaczenia. Suweren, jeśli tylko ma odpowiedni posłuch u ludzi, może nakazać lub zakazać czegokolwiek, a za złamanie rozkazu ukarać kogokolwiek.

Takie podejście do natury prawa również nie zadowala. Co bowiem odróżnia prawo od nakazu bandyty, który przystawia nam pistolet do głowy? Nakazuje on nam postąpić w pewien sposób, a jeśli tego nie zrobimy, poniesiemy karę – zginiemy. Takie rozumienie prawa implikuje stwierdzenie, że istotna jest jedynie kwestia skali. Państwo to po prostu potężny bandyta, dysponujący o wiele silniejszą bronią i mający monopol na użycie przemocy. Takie rozumienie prawa przeczy jednak naszym intuicjom i zdrowemu rozsądkowi. Większość obywateli nie uważa zapewne, że żyje w państwie rządzonym za pomocą siły, w którym można właściwie nakazać cokolwiek, a prawa przestrzegamy tylko ze strachu przed sankcją i przymusem państwowym.

Jeśli zatem czujemy, że prawo różni się od groźby bandyty, to na czym różnica ta polega? Przede wszystkim, według Herberta Harta, sankcja wsparta przymusem państwowym wcale nie jest elementem koniecznym, abyśmy uznawali coś za prawo. Nawet gdyby za złamanie nakazu jazdy prawą stroną jezdni nie groziła żadna kara, ogromna większość z nas wciąż uznawałaby, że jest to norma prawna, której należy przestrzegać. Co więcej, Hart zauważył, że prawo nie składa się tylko z reguł pierwotnych, tj. z nakazów czy zakazów, za których niewykonanie grozi sankcja, ale także tzw. reguł wtórnych, takich jak reguły wskazujące, w jaki sposób zmieniać reguły pierwotne (reguły zmiany), reguły określające procedurę na wypadek złamania reguł pierwotnych (reguły orzekania) oraz wreszcie reguła pozwalająca odróżniać normy prawne od innych norm. Tę ostatnią regułę Hart nazywa regułą uznania. Nie jest ona właściwie regułą prawną, a społeczną, tzn. jest podzielana przez, co najmniej, urzędników danego systemu, którzy z jej pomocą wiedzą, które normy powinni stosować jako obowiązujące normy prawne.

Jeśli prawnonaturaliści się mylą i do sprawdzenia, czy dana norma jest normą prawną nie jest konieczne każdorazowe badanie jej treści oraz zgodności z moralnością czy zwyczajem, to w jaki sposób w większości przypadków jesteśmy w stanie tak efektywnie stwierdzić, co prawem jest, a co nie? Nawet jeśli my, przeciętni ludzie, mamy czasami z tym problem, to profesjonaliści radzą z tym sobie dużo lepiej. Jeśli pójdziemy do prawnika czy urzędnika, usłyszymy najczęściej jednoznaczną opinię na temat tego, czy dana norma jest obowiązującą normą prawną. Podobnie, jeśli wdamy się z kimś w spór w sądzie, sędziowie będą dobrze wiedzieć, które normy powinni zastosować.

Najbardziej obiecującym wyjaśnieniem tego fenomenu wydaje się sformułowana przez Josepha Raza tzw. teza o źródłach, która wskazuje konkretne kryteria zawarte w regule uznania, będące poza zainteresowaniem Harta, które pozwalają regule uznania tak efektywnie wskazywać nam normy prawne spośród innym norm. Według Raza kryterium takie jest czysto formalne i wskazuje źródła, z których pochodzić muszą normy prawne. Nie musimy zatem analizować treści norm prawnych ani ich zgodności z moralnością czy dobrem narodu. Wystarczy że wskażemy źródła z którego pochodzi dana norma. Jeśli zatem reguła uznania dla systemu prawa w Polsce wskazuje, że źródłem prawa jest ustawa, to wiemy, że norma zawarta w ustawie jest normą prawną. Podobnie, jeśli reguła uznania podzielana w krajach tradycji „common law” wskazuje, że źródłem prawa jest precedens, prawnicy wiedzą, że prawem jest norma zawarta w precedensie.

Wszystko wskazuje, że spośród trzech opisanych wyżej teorii, to pozytywizm prawniczy wraz z tezą o źródłach najlepiej wyjaśniają naturę prawa oraz fenomen normatywności. Jeśli tak rzeczywiście jest, spór o Trybunał Konstytucyjny nie jest przypadkiem trudnym pod względem prawnym. Reguła uznania podzielana przez zdecydowaną większość prawników w Polsce wskazuje, do jakiego źródła powinniśmy się odwołać. Jest to Konstytucja, która wskazuje katalog dalszych źródeł prawa powszechnie obowiązujących, takich jak ustawa czy rozporządzenie, a także wyroki Trybunału Konstytucyjnego. Nie znajdziemy w niej natomiast słowa o tym, że źródłem prawa jest dobro narodu czy jakikolwiek rozkaz poparty przymusem. Jeśli ktoś zatem chciałby wykazać, że wyrok Trybunału z 3 grudnia br. nie jest prawem, a np. prywatną opinią sędziów Trybunału, musiałby przedstawić argumenty, dlaczego wyrok TK wydany w odpowiedniej procedurze nie jest źródłem praw wskazanym w Konstytucji. Oczywiście nie oznacza to, że nie możemy krytykować wyroku pod względem moralnym czy politycznym. Możemy uznać, że jest on sprzeczny z dobrem narodu czy ze zwyczajem. Możemy nawet stwierdzić, że jest on rażąco niesprawiedliwy i zdecydować się, w drodze obywatelskiego nieposłuszeństwa, na jego nieprzestrzeganie, godząc się tym samym na sankcje. Dopóki jednak obowiązują przywołane w pierwszym akapicie przepisy Konstytucji, wyroki Trybunału zarówno z 3, jak i 9 grudnia br. będą miały wiążącą moc prawną, a to sprawia, że mamy rację, by ich przestrzegać. O ile oczywiście zostaną ogłoszone w Dzienniku Ustaw…


Bibliografia:

H.L.A. Hart, Pojęcie prawa, tłum. J. Woleński, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1998.

A. Dyrda, Konwencja u podstaw prawa: Kontrowersje pozytywizmu prawniczego, Wolters Kluwer, Warszawa 2013.

A. Marmor, A. Sarch, The Nature of Law, w: E. Zalta (red.), The Stanford Encyclopedia of Philosophy, 2015.


Maciej Juzaszek – asystent naukowy oraz doktorant w Zakładzie Badań nad Etyką Zawodową w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego, a także doktorant w Katedrze Teorii Prawa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Podobne artykuły

  • Rafał A.

    Dzięki za rzeczowy artykuł pomógł mi – nie prawnikowi – zrozumieć pewne kwestie w rozgorzałym sporze… Dla pewności: Jak rozumiem nie ogłoszenie wyroku z 3 gr. w Dz.U., a co za tym idzie nie zaprzysiężenie sędziów (przynajmniej 3), jest/było niezgodne z Konstytucją?